Avengers: Wojna bez granic

Marvel Cinematic Universe to projekt filmowy o skali, której kino nigdy wcześniej nie widziało. 18 filmów, dziesięć lat produkcji, z czego aż sześć lat teasowania antagonistą aby dotrzeć do dziewiętnastego filmu, który miał przynieść wielki finał oraz zaspokoić nasze oczekiwania.

Jak to wszystko się skończyło?

Lepiej niż świetnie! Wręcz rewelacyjnie! Film pomimo bycia prawie jedną długą sekwencją akcji nie męczy, ogromna ilość bohaterów nie koliduje ze sobą (chociaż czas antenowy nie dla wszystkich był łaskawy), ale wisienką na torcie całego widowiska jest główny zły we własnej osobie.

Thanos kradnie to widowisko. Jest kompleksową postacią, która potrafi umotywować swój niszczycielski plan i faktycznie widzi w tym wszystkim sens. Niezwykle zdeterminowany, potężny, sprytny, nie działający impulsywnie, a dążący do celu kawałek po kawałku. A przy tym wszystkim potrafi również zrozumieć co kieruje bohaterami próbującymi go powstrzymać, oraz darzy ich szacunkiem. Nie jest kolejnym szaleńcem działającym w amoku. Wszystko to sprawia, że otrzymujemy najwspanialszego antagonistę jakiego kino widziało od lat. Nic wiec dziwnego, że to własnie on dostał najwięcej czasu na ekranie.

Co do reszty postaci, jedni pojawiali się częściej, inni mniej, ale nie wydaje się być to źle zbalansowane. Fajnie wypadło zaakcentowanie niektórych relacji jak Stark – Parker, czy mocno ściskająca za serce sytuacja Visiona i Wandy. Kapitalnie wypadli Strażnicy, których linie dialogowe zostały powierzone Jamesowi Gunn’owi (aczkolwiek Star Lord wyszedł na dupka), ale najwspanialszy bromance tego filmu to definitywnie Thor i Rocket. Kto widział ten wie. Kto dopiero ma zamiar zobaczyć, zrozumie.

Tym co jednak sprawia, że całe to widowisko otrzymuje odpowiednią wagę jest brak pójścia przez twórców na kompromisy. W filmie ważą się losy wszechświata, tak więc stawka jest wysoka, a cena jaką przyjdzie wszystkim za to zapłacić ogromna. Nie ma miejsca na pieszczoty i zamiatanie pod dywan jak „incydentu” w Nowym Jorku, czy akcji w Sokovii. Pomimo kapitalnego humoru jaki towarzyszy produkcji, momentami ciężko jest uwierzyć w to co się zobaczyło, nie ważne na co się przygotuje psychicznie idąc na seans.

Sama kwestia wizualna filmu nie podlega dyskusji. Film z budżetem 500 mln zielonych nie pozwala się do niczego przyczepić. A przynajmniej tak mi się wydaje, bo przy całym zamieszaniu na ekranie nawet nie zwracałem na to aż tak bardzo uwagi. Ergo – było dobrze.

Miało tu jednak miejsce jeszcze coś, co mojej uwagi nigdy wcześniej nie przykuło, a mianowicie soundtrack („Strażnicy Galaktyki” się nie liczą) stworzony na potrzeby widowiska. Coś co do tej pory było mocną stroną ekranizacji DCEU nagle zalśniło u Marvela. Pierwszy raz od kiedy tworzą swoje uniwersum faktycznie przesłuchałem OST. W dodatku więcej niż raz. Nawet w tym momencie na słuchawkach mam utwór z napisów końcowych, który w kinie tylko mocniej wcisnął mnie w fotel w inteligentnym wyrazem twarzy w stylu „ale o zo chozi?”.

„Avengers: Wojna bez granic” to wspaniałe widowisko zwieńczające dziesięć lat tworzenia uniwersum. Wspaniały antagonista (z super sidekickami), świetnie stworzonymi relacjami, action-packed nerdgazm maker, który wciska w fotel i większości bezczelnie wbije do głowy chęć ponownego obejrzenia go na dużym ekranie. To nie jest kolejny film bazujący na schemacie „Rozwalone miasto? Trudno odbudujemy!”, tylko prawdziwa katastrofa na którą tak wielu czekało.

Polecam z całego geekowskiego serca.

A  poniżej możecie sobie odpalić kawałek z soundtracku o którym wspominałem.
Enjoy!

Fan fantastyki oraz science-fiction. Wielbiciel komiksów. Wychowany na Gwiezdnych Wojnach, oraz komiksach kradzionych kuzynowi.