Fan fantastyki oraz science-fiction. Wielbiciel komiksów. Wychowany na Gwiezdnych Wojnach, oraz komiksach kradzionych kuzynowi.

Najnowszy film z uniwersum Gwiezdnych Wojen od początku miał pod górkę. Problemy na planie, plotki o problemach aktorskich, wymiana ekipy reżyserskiej. Całe przedsięwzięcie było wręcz skazane na porażkę. Wtedy do akcji wkroczył Ron Howard.

Dawno, dawno temu (i wcale nie w odległej galaktyce) nie byłem tak zmieszany po wyjściu z kina.

„Solo” jest filmem poprawnym. Spełnia pewne założenia, które muszą zostać wypełnione aby akcja osadzona w tym świecie była satysfakcjonująca. Czuć również, że wydarzenia mają miejsce w realiach, które znamy z poprzednich części. Jest brudno, szaro, a klimat przywodzi na myśl klasyczną trylogię. Akcja z reguły jest wartka i rzadko kiedy zwalnia, a całość wybrzmiewa w sposób typowy dla kina nowej przygody.

Fan idąc na seans doskonale zdaje sobie sprawę gdzie to wszystko zmierza, tak więc produkcja zamiast na pokrętnej fabule skupiła się na tym, aby przede wszystkim sporo się działo.

Film prezentuje kilka lat życia głównego bohatera – drogę, którą przebył aby z młodego ulicznego cwaniaka Han stał się taki jakiego go znamy. W tej roli ku mojemu zdziwieniu Alden Ehrenreich sprawdził się naprawdę dobrze. Co prawda kilka pierwszych minut filmu trzeba potraktować jako bufor, który pozwoli zaakceptować inną twarz postaci, ale aktor spisał się naprawdę dobrze. Solo ma swoje ruchy, zawadiacki uśmieszek i odzywki, a przypieczętowaniem tego wszystkiego była jedna ze scen z Qi’rą na pokładzie Sokoła Millenium.

Skoro o aktorach mowa, to nie wypada nie wspomnieć o Donaldzie Gloverze, który jako młody Lando Carlissian spisał się znakomicie! Billy Dee Williams powinien być dumny, że jego postać otrzymała tak wspaniałego odtwórcę.

Film Rona Howarda to prawdziwy fanserwis. Akcja dzieje się na planetach, których do tej pory nie widzieliśmy (ale czasem słyszeliśmy), są nawiązania do innych filmów sagi, pojawiają się odniesienie do Expanded Universe (skasowanego kanonu, obecnie zwanych legendami), a nawet postaci z nieco starszych komiksów. Film przedstawia też sytuacje kluczowe dla głównej postaci, jak na przykład zapoznanie się z Chewbaccą, słynny lot na Kessel, czy chociażby sposób zdobycia przez Hana Sokoła Millenium.

Chociaż fabuła skupia się na młodym pilocie, wątek prowadzony jest wokół panujących w cieniu syndykatów i pracujących dla nich łotrów. Film utrzymany jest w mocno westernowym tonie. Mamy herszt bandy, który wymaga czegoś od bohaterów pod groźbą utraty życia, w międzyczasie pojawiają się strzelaniny, pościgi, czy chociażby motyw „nie ufaj nikomu”.

Historia dobrze wiąże ze sobą wątki kluczowe dla postaci, ale nie wbija w fotel. Film nie ma do zaoferowania praktycznie nic więcej niż przedstawienie rzeczy, które fani Hana chcieli zobaczyć. Te są naprawdę kapitalne i spełniają oczekiwania, jednak w filmie jako całości wyraźnie czegoś brakuje, a momentami można poczuć znudzenie. Oczywiście pojawiają się plot twisty, ale część z nich jest oczywista do bólu, a pozostałe i tak nie robią zbyt wielkiego wrażenia, kiedy ma się świadomość, że główny bohater kiedyś będzie miał syna z księżniczką. Jedynie jedna scena umiejscowiona pod koniec historii porządnie wbiła mnie w fotel i sprawiła, że jetem ciekaw kontynuacji – a na tą pozostawiono odpowiednio dużo miejsca.

W ostatecznym rozrachunku „Han Solo” jest filmem, który spełnia oczekiwania fanów, ale nie potrafi zaoferować nic ponadto.