Fan fantastyki oraz science-fiction. Wielbiciel komiksów. Wychowany na Gwiezdnych Wojnach, oraz komiksach kradzionych kuzynowi.

Po internecie krąży obrazek, który w zabawny sposób prezentuje, że poziom wiedzy o dinozaurach jest wysoki w czasach dzieciństwa, nieco mniejszy w przypadku bycia wykształconym paleontologiem i ponownie wysoki kiedy posiada się własne dziecko. Jak każdy inny dzieciak przeżywałem fascynację tymi stworzeniami, a filmy Stevena Spielberga były w tamtym momencie mojego życia prawdziwym spełnieniem marzeń. W 2015 roku za sprawą Colina Trevorrowa i jego „Jurassic World” stara ekscytacja odżyła i chociaż sam film nie był idealny pozwolił ponownie poczuć się jak dziecko.

Reboot serii przyniósł duże zyski a samo powstanie kolejnej części było bardziej niż pewne. Niestety z czasem publikacji kolejnych materiałów poziom ekscytacji malał w szaleńczym tempie. Zapowiedzi zdradzały fabularny zwrot prowadzący do zerwania z konwencją, ale… najgorsze nadeszło dopiero z premierą filmu.

„Jurassic World: Upadłe królestwo” z serią ma wspólny co najwyżej pierwszy akt i same stworzenia. W kolejnych etapach historii bliżej do „King Konga”, niż „Parku Jurajskiego”. 

Zwierzęta zostają zabrane z wyspy pod pretekstem ratunku, a następnie wystawione na aukcję dla handlarzy bronią i magnatów. Są zabawy w genetykę, krzyżowanie genów, odtwarzanie innych gatunków, oraz praca nad „bronią idealną”. Całość okraszona humorem niskich lotów, który zamiast śmiechu wywoływał co najwyżej grymas zażenowania.

Akcja jakaś jest. Czasami naprawdę wartka i dynamiczna, aczkolwiek zupełnie inna niż po filmie o parku rozrywki można by się spodziewać. Niby fajnie, ale to po prostu nie to.

Byl to jeden z niewielu filmów, na którym mogłem zaobserwować niemałe grupy ludzi opuszczających salę kinową. I chociaż sam starałem się wytrzymać jak najdłużej, nie dotrwałem do końca.

„Jurassic World: Upadłe królestwo” to film przekombinowany, skierowany do niewymagającego widza, przepełniony średnim humorem i zwrotami akcji, które zamiast wywoływać szok serwowały niedowierzanie z podjętych przez reżysera wyborów. Produkcja została zbudowana na akcji, która mogłaby toczyć się bez potrzeby ingerowania w to dinozaurów. Z małpami dostalibyśmy „Planetę małp”, z robotami generyczny film science-fiction, a tak otrzymujemy jedynie zmarnowany potencjał i niewytłumaczalny zwrot w historii całego cyklu.